Świat jest gdzie indziej

Malta, lipiec 2019

Rzucił mnie los w miejsce, w którym przez dwa tygodnie przebywałem (także) z dopiero co poznanymi ludźmi. Większość z nich stanowiły kobiety, ale w całym tym babińcu (nie jest to tutaj w żadnej mierze określenie pejoratywne, gdyż UWIELBIAM) poznałem jednego faceta, z którym  spędziliśmy dość dużo czasu. Być może trochę na zasadzie odpoczynku od dziewczyńskich problemów i mówienia. A być może dlatego, że zwyczajnie się polubiliśmy…

W każdym razie – chodziliśmy razem na piwo, a pewnej soboty zjeździliśmy komunikacją miejską całą wyspę wzdłuż i wszerz, dużo milczeliśmy i sporo gadaliśmy. Większymi ekipami (z pozostałymi uczestnikami wyjazdu), albo tylko we dwóch.

I fajnie było. Bez ciśnienia. W absolutnym spokoju i bez rozkminy, czy jechać w tym, czy innym kierunku? Wejść do tej, czy innej knajpy? Jedno hasło/pytanie – „wchodzimy?” i odpowiedź – „tak” lub „nie”. Krótka piłka.
I albo zostajemy na dłużej albo sadzimy dalej. Bez dłuższego zastanawiania się i uzasadniania decyzji.
I tak dalej.
W każdym razie – zakolegowaliśmy się.

Podkreślam – dwa tygodnie. Podkreślam – nie znaliśmy się wcześniej.

I myślę sobie, że zbliżył nas też brak jakichkolwiek rozmów o polityce.
I to wcale nie dlatego, że się ze sobą zgadzaliśmy. Tak byłoby przecież łatwiej. Narzekalibyśmy sobie wspólnie na rząd albo opozycję i trzymalibyśmy jeszcze większą sztamę… „Otóż nie, Marianie!”.
Bardzo szybko (po kilku jakichś wypowiedziach, wrzutkach, zdaniach) obydwaj zorientowaliśmy się, że – stoimy na skraju. On WOT, ja ucieczki od wojska, ja ateizm, on kościół, on marsz niepodległości, ja parada równości.
I żaden z nas nie wypowiedział na temat tych różnic ani słowa. Nie padł żaden komentarz i zwyczajnie pewnych kwestii nie poruszaliśmy. Znając/podejrzewając swoje myślenia…
Bo chyba obydwaj wiedzieliśmy, że to raczej jest bomba, która nasze relacje może zwyczajnie rozwalić w drobny mak. I zwyczajnie szkoda nam było na takie pierdoły czasy.
A podejrzewam też, że gdybyśmy spotkali się w necie, walczylibyśmy do krwi.

I tu chyba dochodzę do clou…

Od kiedy wyrzuciłem się z fejsa, bo zabierał mi czas, życie, nerwy i  – co tu dużo gadać – wpierniczyłem się weń po uszy (próbowałem wyrzucić się całkowicie, ale ze względu na administrację kilku stron – jest to niemożliwe) oraz wypiąłem na radiowe problemy polityków – jest mi zdecydowanie lepiej.
Nie wkręcam się, nie wściekam, staram się nie dzielić ludzi na mądrych i głupich (to akurat jest dość trudne).

I to nie jest tak, że się nie interesuję. Nie, nie…
Dość dobrze wiem, kto  – z mojej perspektywy patrząc – wyrządza nam krzywdę i kto jest większym, a kto mniejszym złem. Wiem, na kogo głosować nie będę… I wiem, że na wybory iść trzeba (bo od tego zależy na przykład podstawa programowa, z którą będzie mi dane pracować, ale która – przede wszystkim – dotknie moich dzieci…).
Wszystko to wiem…
…tyle tylko, że marnowaną na przekazywanie tej „wiedzy” energię staram się spożytkować na osiąganie spokoju… Różnie mi idzie, ale cieszę się, że jestem na ścieżce…

Bo szkoda mi czasu i sensu na walczenie o swoje racje.
Na dochodzenie się i udowadnianki.

Dużo fajniej jeździło mi się autobusami z nowopoznanym kumplem cały dzień po Malcie (wiadomo, że Malta jest tylko przykładem i pretekstem, bo równie dobrze moglibyśmy chodzić pieszo po osiedlu), niż próby spierania się z nim w necie.

I co bardzo istotne – skoro go poznałem, to dziś już bym się raczej nie spierał. Bo przestał być anonimowym typkiem z drugiej strony barykady. Bo potrafiliśmy schować jakieś swoje racje w kieszeń w imię czegoś – moim zdaniem – ważniejszego. Żeby była jasność – nie mówię, że poglądy i wizje świata nie są istotne i należy je całkowicie zlekceważyć…

Myślę sobie tylko, że najważniejsze jest chyba spotkanie i odnalezienie w tym wszystkim Człowieka…

Tego samego, którego wcześniej zgubiliśmy, czy – jak kto woli – pozwoliliśmy sobie odebrać…

Robert

(26) Londyn

Londyn jest przereklamowany… Londyn jest nudny i brudny… Londyn jest niebezpieczny… Nic ciekawego… Wszędzie turyści… Okropne jedzenie…. Paskudna pogoda… Wszystko w jednym!

Nie, nie i jeszcze raz nie!  Może dla innych, ale dla mnie… Dla mnie Londyn był zawsze łaskawy i otwierał przyjazne ramiona, zapraszając i zachęcając do poznawania i podziwiania. I zawsze czarował piękną pogodą (tak, tak!), więc opowiadając moim Uczniom o paskudnej angielskiej aurze czułam się trochę nieswojo… Przecież nawet podczas październikowej wizyty (kilka lat temu nasi Uczniowie odbyli niezapomnianą wycieczkę do Anglii i Szkocji) pogoda była raczej słoneczna… Może Wielka Brytania lubi mnie, tak jak ja lubię ją?! 

Tu zieleń, tam zieleń, zielono jest wszędzie…  Parki, skwery, skwerki… a w środku miasta wielowiekowe drzewa o masywnych pniach… A jeszcze wszędzie dosadzają roślinność, żeby było bardziej zielono i żeby było więcej tlenu. A u nas wycinają, bo korniki… bo zaraza… bo coś tam… nie bardzo wiem co…

W Londynie można założyć na siebie cokolwiek i nikogo to nie zbulwersuje. Futerko na górze i klapeczki na bosych stopach, obcisły różowy kombinezon na osobie o rozmiarze XXXXXXXL, strój złożony z poprzecznych paseczków, jak z niszczarki papieru…. Tak sobie myślę, że gdybym wsiadła do metra w kombinezonie płetwonurka lub jednorożca, nikt by się ode mnie nie odsuną z odrazą….

W parkach, na puszystej trawie można sobie siedzieć, leżeć, spać… I nigdzie nie ma psich kup! Może psy w Anglii nie robią kup?

Pewnego razu chciałyśmy z Ewą kupić jabłka. Poprawna angielszczyzna okazała się zbędna. Pani zapytała po polsku, czego sobie życzymy i dodała, że możemy mówić po polsku, bo ona przyjechała tu z Bydgoszczy…

Darmowe muzea, które w jakiś tajemniczy sposób zarabiają na siebie: British Museum, National Gallery, Natural History Museum, Albert and Victoria Museum, Science Museum…  A toalety oferują wszystko, czego pragniesz: mydło, podpaski, tampony, chusteczki, szczoteczki do zębów…. A na podłodze w toalecie Galerii Narodowej można sobie zrobić piknik, jest czysto … a przynajmniej było podczas naszej wizyty. W Muzeum Historii Naturalnej można spotkać nawet tych, którzy już dawno odeszli do krainy Wiecznych Łowów, np. ptaka dodo. Takie doświadczenie paranormalne!

Są też atrakcje płatne, takie jak London Eye, Madame Tussauds czy London Tower, których jakość w pełni wynagradza straty finansowe, a stojąc w kolejce można poznać ludzi z całego świata, pogawędzić trochę, wymienić wrażenia, a nawet suweniry! Stojąc w długaśnej kolejce pod London Eye dostałyśmy z Ewą bransoletki od nastoletnich dziewczyn z Włoch!  Zakładając na rękę gumową bransoletkę, poczułam się jak dziewczyna…

W sklepie przy London Eye pani Sprzedawczyni uśmiecha się i pyta mnie o samopoczucie, okazując radość, że jest dobre!  Nie wnikam w stopień zainteresowania moim samopoczuciem, ale sam fakt zapytania był miły i kojący. Dlaczego w Biedronce nikt nigdy nie zapytał mnie o samopoczucie???

W Londynie nawet przejścia podziemne są kolorowe…

W Londynie Parada Równości kończy się piknikiem na trawniku w parku, a nie ucieczką przed atakiem prawdziwych patriotów czy gazem łzawiącym służb mundurowych….

W Londynie poczujesz się WOLNYM CZŁOWIEKIEM.

(25) Korona Królów i inne osobliwości…

W południowej Anglii, w niezbyt dużej odległości od Brighton, znajduje się niezwykle urokliwe miasteczko o nazwie Arundel. Nad miasteczkiem wznosi się imponująca bryła Zamku, który liczy sobie niemal tysiąc lat. Już od pierwszego spojrzenia uroda zamku nas oszołomiła.

Wewnątrz zamku doświadczyliśmy wiele…. 

Lew rozpłaszczony na podłodze, szczerzący zęby do odwiedzających i wywołujący mieszane uczucia, coś jakby żal i gniew zarazem….

Sanie, które nigdy nie zostały użyte z powodu braku śniegu w tej części Anglii…

A w szacownej bibliotece szacownych arystokratów czaiły się takie oto elementy dekoracyjne mebli…

W komnacie, gdzie dawno temu gościła królowa Wiktoria, mogliśmy zobaczyć łoże monarchini. Niezwykle krótkie, gdyż była osobą niewielkiego wzrostu, ale przede wszystkim wybitnie twarde.  W sam raz dla pacjenta z rwą kulszową albo zwyrodnieniem kręgosłupa.  Może królowa cierpiała na takie dolegliwości, gdyż jej ulubioną kwestą były słowa: „Nie bawi nas to!” („We are not amused!”).       

W ogrodach cudownego zamku Arundel działy się czary… Drzewa (chyba pod wpływem Druidów) przybierały niesamowite kształty…

ale Ewa okazała się nieustraszona i pokonała liściaste potwory…

a kiedy wydobyła się z macek i korzeni upiornych drzew, ujrzała widok bardzo nieangielski… raczej karaibski…

 

Zazdrośni o doznania Ewy, zagłębiliśmy się w ogród zamkowy podziwiając bujną roślinność,

 

a nawet kosztując różnych roślinek w nadziei, że to na przykład mięta i tymianek, a nie barszcz Sosnowskiego. Zatrzymując się przy jednej z roślin, Magda z pełnym przekonaniem stwierdziła, że zielone coś to jest anyż  i koniecznie należy go spróbować, więc w zakamarkach ogrodu warzywnego nastąpiła ukradkowa degustacja zieleniny. Żując  zielone pędy obiecałam sobie, że doszkolę się w kwestii ziół i w przyszłości będę pewna, co wkładam do ust…

Barszcz Sosnowskiego to jednak nie był, wszyscy przeżyliśmy, a Grzegorz z wrodzonym wdziękiem pozował do sesji zdjęciowej.

Uwieńczeniem tego dnia okazała się jednak Korona Królów! W ogrodach zamkowych natknęliśmy się na mały pawilonik, w którym objawiło się nam coś niepojętego… Korona królewska wirująca na strumieniu wody (jakaś cudowna technologia), w tle dekoracyjne muszelki, a całość porażająca estetycznie niczym rodzimy serial w rodzimej telewizji.

Kto był autorem tej instalacji, nie wiemy. Może to dobrze, czasem niewiedza jest bezcenna…

(24) Z wizytą u Królowej

(Brighton)

W pewien sobotni poranek postanowiliśmy się wybrać do Londynu.  Najpierw obowiązkowo zaliczyliśmy zmianę warty pod Buckingham Palace.  A potem  – nie wiem co nas podkusiło – wybrałyśmy z Asią dwie najbardziej oblegane atrakcje Londynu.

Londyńskie Madame Tussauds:

Po godzinie stania w olbrzymiej kolejce, wśród tysiąca turystów odwiedzałyśmy aktorów, muzyków, sportowców, naukowców,  władców:

To zdjęcie zrobione specjalnie z dedykacją dla naszej koleżanki Eweliny Sobczyk-Podleszańskiej:

A w końcu bohaterów z ulubionych filmów:

London Eye:

Wracając zaliczyłyśmy również paradę równości. Jak się później okazało, Magda i Łukasz, którzy w tym samym czasie byli w Londynie, byli w samym jej centrum.
W anielskich nastojach wróciłyśmy do Brighton.

Ewa

(23) Wernisaż

Uwieńczeniem naszej obecności w Brighton miał być wernisaż. Jako reprezentacja szkoły artystycznej zapragnęliśmy pochwalić się tym, czym Plastyk stoi …. Sztuką.

Pragnienie to jedno, ale z realizacją był pewien kłopot. Za dobrze nam tam było, za dużo do oglądania, do przeżywania, do zapamiętania. Zajęcia kończyliśmy późnym popołudniem i pędem biegliśmy do mieszkania żeby szybko coś zjeść, a potem poznawać ten piękny zakątek świata. I ten codzienny dylemat: Co wybrać? Wycieczka za miasto? Wyjście na plażę? Klify? Wyjazd do Londynu? A może pub? Albo shopping po wyprzedażach? Albo charity shops, pełne rupieci, ale też perełek takich jak fascynatory…

 Fascynatory to fascynująca kwestia! Dopiero w Brighton dowiedziałam się, że fascynator to nazwa takiego fikuśnego niby kapelusza – niby opaski z woalką, w którym wygląda się jak angielska dama na wyścigach w Ascot. Nigdy wcześniej nie chciałam wyglądać jak dama z Ascot, ale pod wpływem Moniki, która przymierzała niezliczone ilości fascynatorów, też takiego zapragnęłam.

I wtedy oczami wyobraźni ujrzałam siebie wchodzącą do klasy w fascynatorze na głowie… i jednak nie dokonałam zakupu.

 Wśród licznych pokus znalazł się również teatr. Tego lata wystawiano w Brighton musical Hair, a my musiałyśmy go zobaczyć! I zobaczyłyśmy, Monika nawet dwa razy, a kwota 20 funtów za bilet była niczym w obliczu fascynujących (niczym fascynatory) doznań wzrokowo-słuchowych, a nawet węchowych. Z oparów dymu (imitujących pewne zioło) wyłaniali się niezwykle utalentowani młodzi aktorzy, którzy przez dwie godziny śpiewali, tańczyli, podskakiwali (bez zadyszki, co mnie szczególnie zafascynowało, bowiem sama po wejściu na pierwsze piętro dyszę jak lokomotywa), a w pewnym, niezapomnianym momencie, zaprezentowali swoje wdzięki w pełnej krasie…

I tak upływał dzień za dniem, a materiału do wernisażu nie przybywało. Panika zaczęła w nas narastać, Monika robiła się coraz bardziej nerwowa, ponieważ ustaliła z administracją szkoły szczegóły tego ważnego wydarzenia, a my nie mieliśmy eksponatów… Myślałam, co mogłabym pokazać, ale do głowy przychodziły mi tylko ludziki z plasteliny, które namiętnie produkowałam w dzieciństwie i miałam pewną wprawę. I może wycinanki z serwetek…. Panika narastała i narastała, aż do momentu, kiedy objawił się CUD. Otóż Grzegorz Bananaman oznajmił, że namalował całą serię Koniostworów z Brighton i chętnie je pokaże na wystawie.  I do tego sam przygotował piękną ekspozycję.

Wernisaż odbył się w ostatnim dniu zajęć, w sali wykładowej i przyciągnął całkiem spore grono wielbicieli sztuki.

Grzegorz w zapamiętaniu objaśniał tajniki powstawania Koniostworów (nie zauważając nawet, że mówi swobodnie w języku angielskim i odpowiada na pytania również w tym języku) z taką pasją, że wszyscy wpatrywali się z natężeniem w koniec Jego długopisu, niczym w magiczną różyczkę Harrego Pottera.

Zaczarowani różdżką Grzegorza i upojeni sztuką, w doborowym międzynarodowym towarzystwie zakończyliśmy ostatni dzień nauki w cudownej szkole ELC Brighton. 

Asia

(22) SPRE, czyli NIGHTMARE!

(Brighton)

Już pierwszego dnia uczestnicy kursu metodycznego usłyszeli radosną nowinę: Na zakończenie zajęć musimy zaprezentować SPRE, czyli własny projekt… publicznie… na forum…. z oprawą graficzną… własnoręczną…!

Czym jest SPRE? Czymś, co spędzało sen z powiek uczestnikom kursu metodycznego w Brighton. Czyli bardzo osobistym projektem ilustrującym nasz problem edukacyjny w rodzimej szkole oraz możliwe jego rozwiązania wraz z oceną efektów.

SPRE: Situation-Puzzle-Response-Evaluation

S-przedstawienie kontekstu, czyli opowiedzenie o naszej szkole (to było OK, o naszej szkole mogę opowiadać godzinami…)

P- problem, który pragniemy rozwiązać (to już mniej OK, bo jak tu się przyznać do własnych problemów, w dodatku publicznie?!)

R- nasza reakcja i działania (tutaj należało błysnąć intelektem, kreatywnością i oryginalnością, a błyskanie intelektem pod presją nie zawsze mi wychodzi…)

E- ocena efektów i refleksja, czy to miało sens (z założenia musiało to mieć sens, więc należało wspomniany sens wyeksponować).

Oczekiwano, że wykażemy się kreatywnością, zdolnościami plastycznymi oraz umiejętnością jasnego i klarownego przekazu! W obcym języku, który, choć znany, jednak nie do końca tak giętki, by powiedział wszystko, co pomyśli głowa…

Sęk w tym, że głowa nie zawsze chciała myśleć i współpracować z resztą ciała. Środek lata, przepiękna pogoda, tyle do zobaczenia i zwiedzenia, a my musimy przegrzewać nasze mózgi, zamiast pójść na plażę i podrażnić mewy-ludojady…

Będąc w grupie z przesympatyczną lady Di, korzystałam z okazji wspólnej pracy, bowiem nic mnie tak nie motywuje, jak życzliwe słowa wsparcia, zwłaszcza z tak arystokratycznych ust płynące!

Dzień prezentacji SPRE był gorący. Dosłownie i w przenośni. Praca nad prezentacją projektów pochłonęła nas do tego stopnia, że nawet podłoga była zajęta! Stres, napięcie, trema, gorączkowe porządkowanie sali na przyjęcie gości z innych grup metodycznych i ostatnie poprawki tworów naszej wyobraźni – tak wyglądały ostatnie minuty przed rozpoczęciem prezentacji.

I w końcu nastała godzina zero! Uczestnicy wszystkich grup metodycznych oglądali projekty współtowarzyszy niedoli, porozkładanie i porozwieszane w każdym możliwym miejscu, a następnie odpowiadali na dociekliwe pytania, starając się zachować ową wspomnianą giętkość języka… Monika, jak widać, wypadła wzorowo pod każdym względem!

Asia

(21) Ucz się, ucz

Brighton…

ELC… To miał być nasz Hogwart przez dwa tygodnie lipca 2019 r. ELC (English Language Centre), czyli szkoła dla żądnych doznań językowych uczniów z całego (dosłownie CAŁEGO) świata. Przed wyjazdem słyszałam same dobre opinie o tym miejscu, a zorientowany w temacie rozmówca zazwyczaj mówił: „Fajna szkoła!”.  Cudze opinie nauczyłam się dzielić prze dwa, a nawet cztery, więc tak do końca nie byłam pewna…

Trochę się bałam, że to jednak będzie walka z nieznaną, obcą, wrogą siłą….

Mimo to jechałam do Brighton pełna nadziei. I dobrze!  ELC zasługuje w 100% na miano szkoły przyjaznej uczniowi. Przyjaznej pod każdym względem. Jeśli oczekujesz wysokiego poziomu nauczania, nie zawiedziesz się! Jeśli oczekujesz życzliwej atmosfery, doświadczysz jej każdego dnia. Jeśli oczekujesz bogatej oferty zajęć pozalekcyjnych i okazji do spotkań towarzyskich, oto przykładowy program:

Brak dostępnego opisu zdjęcia.

https://www.facebook.com/elcbrighton/

Co tydzień coś innego, dla każdego coś dobrego: puby, herbatki, dyskusje, joga, sport, teatr, zwiedzanie…

I ta ogromna akceptacja i tolerancja względem każdego, niezależnie od tego jak wygląda, jak mówi, co robi…. Do dzisiaj wspominam pobyt w Brighton jak pobyt na innej planecie. Na planecie o nazwie Życzliwość i Tolerancja!

A sama nauka? Intensywna, ale przyjemna. Przyjemna, bo wśród ludzi nastawionych pozytywnie do świata. 

Intensywność nauki odczuwałam każdego popołudnia, wracając do naszego mieszkania z wypalonym mózgiem. Z reguły wolę słuchać niż mówić. Jako nauczyciel mówię dużo, taka rola. Ale na zajęciach w ELC osiągnęłam jakieś szczyty słowotoku. Nasza grupa metodyczna (Language, Methodology and Culture) liczyła tylko CZTERY osoby, a więc możliwość zakamuflowania się gdzieś w kącie rozwiała się już pierwszego dnia. Do dzisiaj słyszę echo słów naszej nauczycielki, Jade:  Speak…. Talk…. Discuss…..Change the partner and discuss….discuss…discuss… !

dav

Nie raz wydawało mi się, że moje synapsy zaczynają dymić, a język zaraz dostanie zakwasów z przemęczenia! Ale nie dostał, dziwne… A teraz mi tego brakuje! I to jest jeszcze dziwniejszeJ.

Ale najdziwniejsze jest to, że Magda nauczyła się czytać angielskie gazety do góry nogami!

Asia

(20) YUMMY, YUMMY!

Brighton (Asia, Ewa, Grzegorz, Łukasz, Magda, Monika)

Powszechnie uważa się, że brytyjskie jedzenie jest niejadalne. Był taki moment, kiedy uwierzyłam, że jest w tym ziarno prawdy. To był ten moment, kiedy po zjedzeniu pożywnego dania z Sainsbury’s poczułam się lekko podtruta. W efekcie nie zobaczyłam Seven Sisters i nigdy tego Sainsbury’s nie wybaczę!

Są jednak takie potrawy, które można szczerze zarekomendować. Takim daniem jest kurczak tikka masala. Nazwa indyjska, smak indyjski, ale przepis brytyjski. Słyszałam, że narodził się w Glasgow, ale powoli staje się daniem narodowym, konkurując z fish and chips. Danie jest bardzo dobre, aromatyczne i pikantne, jednak wegetarianie nie będą mieć z niego uciechy, zawiera bowiem mięso kurczaka.

Pewnego dnia Łukasz postanowił ugotować owego kurczaka. Jak postanowił, tak zrobił. Powstało danie apetycznie wyglądające i pachnące. Łukasz życzliwie nas częstował, ale nie chciałyśmy go objadać. Nie wypadało. Może to był błąd. Łukasz bowiem nagotował całkiem sporo i niestety nie był w stanie spożyć dania w całości, więc pozostałości spoczywały na płycie kuchennej przez kolejne dwa dni. Łukasz sukcesywnie podjadał, a my obawiałyśmy się, że potrawa powoli staje się niejadalna… Ale po dwóch dniach Łukasz schował kurczaka do lodówki, co pozwoliło na konsumpcję przez kolejne kilka dni. W efekcie kurczak został spożyty, Łukaszowi nic nie było, a my po cichu żałowałyśmy, że nie spróbowałyśmy kurczaka w pierwszym dniu…

English breakfast – chyba każdy słyszał o angielskim śniadaniu. Smażony boczek, jaja, kiełbaski, tosty, hash browns (takie placki ziemniaczane), fasolka, smażone pomidory, smażone pieczarki…. Brzmi ciężkostrawnie, ale jest pyszne! Pewnego dnia ujrzeliśmy takie danie w naszym mieszkaniu przy West St. Autorem był oczywiście Łukasz. Niestety śniadanie to przysporzyło nam sporo emocji…  Łukasz bowiem przygotował wspomniane danie, spożył jego część, po czym zniknął… Nie wiedziałyśmy, co się z nim stało! Talerz wyglądał tak, jakby Łukasz w pośpiechu przerwał jedzenie i uciekł z mieszkania… Gdzie? Oto pytanie! Martwiłyśmy się bardzo i czekałyśmy, co się wydarzy… Nic się nie wydarzyło! Łukasz wrócił z miasta i dokończył konsumpcję.

W Brighton trudno być głodnym. Jeśli ktoś pragnie spożyć dobrą rybę z frytkami, udaje się do Bankers (traditional fish and chips). Jeśli jednak preferuje kuchnię wschodnią, może wybierać i przebierać… Pewnego dnia Ewa z Magdą wybrały się do Chińczyka i bardzo potem zachwalały zakupione danie na wynos. Niestety nie zdążyłam spróbować, czego teraz żałuję…

Organizatorzy kursu metodycznego, na który uczęszczałyśmy z Moniką, starali się umilić nam pobyt w Brighton. Zapraszali nas na rozmaite spotkania, a na zakończenie zaproponowali Cream Tea, czyli podwieczorek z herbatką i scones (angielskie bułeczki, które przypominają nasze drożdżówki, ale są dużo lepsze).

Poszłyśmy oczywiście i doznania smakowe były imponujące. Scones spożywa się w towarzystwie świeżo parzonej herbaty (freshly brewed tea) podawanej w imbryku, bitej śmietany i konfitury…

Nieco się obawiałam, że taka ilość glutenu mnie zabije, ale jak widać przeżyłam. I niczego nie żałuję…

Gdyby ktoś kiedyś zapragnął odwiedzić restaurację Treacle and Ginger w Brighton, gdzie doświadczyłyśmy tych niezwykłych przeżyć, oto menu.

Asia

(19) Zafestowani.pl

Malta I (Ada, Agnieszka, Agnieszka, Ania, Beata, Bożena, Monika, Krystian, Robert)

Po pierwsze żaden ze mnie podróżnik. Generalnie to miast miast preferuję peryferie.
Po drugie – na Maltę trafiłem z moimi przyjaciółmi z pracy w ramach programu Erasmus+ „Mobilność kadry” i przez dwa tygodnie chodziliśmy tam do szkoły. Część z nas uczyła się angielskiego, a część (w tym mnie) rzucono na dość głęboką wodę kursu metodycznego. Prawdopodobnie napiszę o tym innym razem…

Gdyż teraz to nie o tym chciałem…
Bo (pomijając, oczywiście, czas spędzony z ludźmi, których zwyczajnie lubię (bardzo) i codzienne z nimi gadki, rozkminy i śmiechy) największe wrażenie zrobiła na mnie i podobała mi się festa. Nie zabytki, nie kolor morza, nie jedzenie, nie pogoda, czy fakt, że właściwie to można było jechać na dwa tygodnie z lekramówką i przebujać się na dwóch kompletach ubrania (dwie koszulki, dwie pary majtek, dwie pary spodenek – na wszelki), z których jeden wypierasz wieczorem pod prysznicem, schnie ci przez noc i poranek, podczas których popylasz w tym drugim komplecie, a jak wyschnie pierwszy – następuje zamiana.
Otóż powtarzam – największe wrażenie zrobiło na mnie święto kościelne, święto parafii, coś w rodzaju miksu odpustu i Bożego Ciała. Ale kompletnie a’ rebours.

Zacznę od początku
Bo na początku to Agnieszka mówi, że na sto pięćdziesiąt procent musi festę zobaczyć. My, że o co chodzi? To ona tłumaczy, że to takie święto kościelne, parafialne, które odbywa się raz do roku w konkretnym kościele. A że kościołów na Malcie jest 365, co tydzień odbywa się tu kilka takich fest. I że róbcie co chcecie, ale ona idzie i musi to zobaczyć. Szczerze mówiąc, niezbyt się tym przejąłem, bo (uwaga, Janusz!) – wielkie mi rzeczy, odpust będę oglądał… …jakbym na górce w Gołonogu nie miał co roku i nie omijał go łukiem szerokim.
Cały tydzień kątem oka obserwowałem jednak przygotowania – dekorowanie ulic, zawieszanie lampek i girland, ustawianie stołów przed kościołami. No i wkurzanie się też miało miejsce, że przystanek autobusowy jest dziś nieobsługiwany, bo trwają przygotowania do festy.

Następuje niedziela, Agnieszka samotnie wyrusza na festę, my z całą resztą bandy wracamy ściorani, ale szczęśliwi po całodziennych wojażach (Blue Grotto, rybacka wioska, Valetta) na chatę. Bo przecież na drugi dzień rano trzeba iść do szkoły, niech żyją wakacje!
Jest około dwudziestej, Aga dzwoni i mówi, że jak coś, to będzie tu i tu, proszę się o nią nie martwić.

Dobra, myślę sobie. Idę zobaczyć, co tam będzie miało miejsce. Wieczór jeszcze młody, drugi raz się nie zdarzy, za tydzień nas tu nie będzie.
W telefonie końcówka baterii, docieram na miejsce, szybko umawiamy się za figurą Matki Boskiej, którą niesie 12 albo 14 typów ubranych na biało, telefon mi umiera. Na szczęście się spotykamy. Potem byłoby trudno.

I teraz następuje najważniejsze
Kiedy docieramy na miejsce, festa już trwa. Procesja z figurą idzie wąskimi uliczkami… Procesja? No właśnie…
Bo lokujemy się i idziemy sobie za wspomnianą figurą, jest wieczór i jesteśmy deko zdziwieni, bo dosyć dziwnie. Gdyż zwyczajnie pustawo.
Nikogo tu nie ma oprócz nas, kilku niedobitków i mini zespołu dętego (6/7 osób góra). Do Bożego Ciała ma się to nijak i przyznaję, że jestem trochę rozczarowany. A figura jest potężna i złota. Niosący ją faceci zatrzymują się, co 10/20 metrów, inni zabezpieczają ten „postument” wyciąganymi nóżkami, trochę wszyscy postoją, poodpoczywają i idą dalej.
Nauczeni i wytresowani polskim rygorem, cykamy się otworzyć małe piwko z cichacza i nie wiemy, czy wypada odpalić papierosa. Postanawiamy więc oddalić się troszeczkę, żeby uczynić obie te czynności równocześnie oraz przemieścić się w stronę kościoła.
Bo może TAM coś się więcej jednak dzieje…

No i tak sobie idziemy, palimy te papierosy (tak, wiem, nieładnie, niezdrowo i wiele innych „nie-„) i nagle wychodzimy z uliczki przed kościół (cały czas podkreślam, że to są małe i wąski uliczki, żadne tam place i przestrzenie). No i się okazuje, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.
Nikt nie sadzi za figurą (jak to w Polsce nakazano, że kapłan zawija z monstrancją, a pospólstwo za nim na końcu), bo  część idzie sobie spacerkiem przed nią. Ale – przede wszystkim – zdecydowana większość czeka przed kościołem. I to bynajmniej nie na kolanach. Nie w bólu i cierpieniu, wyśpiewując(?) smutne i doprowadzające dzieci do nocnego moczenia pieśni. Nie przekrzykując się w modlitwach, nie kontemplując w absolutnej ciszy wielkiej tajemnicy wiary, polegającej na tym, czy wszyscy od Kowalskich są dziś na mszy i co ona na siebie założyła, przecież tak nie wypada.


Ludzie chaotycznie łażą, ludzie rozmawiają ze sobą (bo przecież się znają – to jest ta sama lokalna społeczność, która widuje się tu co niedzielę, ale przede wszystkim od kilkunastu(?) dni przygotowała całą tę imprezę), podśpiewują, tańczą, palą papierosy, psy się pałętają. Przed wejściem do kościoła (w którym raczej jest pustawo) zespół typu big band. Ale naprawdę big. Czasem gra, czasem nie. Z balkonów ludzie sypią paseczki białego papieru, którym ulica jest już niemal cała pokryta. Dzieci łapią te paski i się nimi obrzucają. Stragany są dwa. I to nie z jakimś chińskim badziewiem i dewocjonalnym kiczem. Na jednym lokalne hołm-mejdowe słodycze, na drugim lody, kawa i jakieś akcje typu tegoroczny breloczek. Vis-a-vis kościoła coś w rodzaju świetlicy. Wchodzimy obczaić i odpadamy całkowicie.

Regularna impreza. Jedzenie na stołach, barek z napojami wszelkimi i przekąskami (bierzemy przekąski – po małym chłodnym białym winku w plastikowym kubeczku, ach te zdrobnionka!) i kolejna porcja ludzi. Dzieci, młodzi, starzy. Siedzą razem, siedzą parami, siedzą osobno. Otwarci, nieskrępowani, gwarni. W notorycznej komunikacji ze sobą. Połączonej z jakimś całkowitym luzem, czilałtem i spokojem. W krótkich spodenkach i sukienkach. Rozmawiają ze sobą. I są RAZEM. Procesja z figurą gdzieś tam powoli się zbliża. Siedzimy, chłoniemy, a mordy nam się śmieją od ucha do ucha. Mimowolnie ogarnia nas ta sama atmosfera.

Dopijamy i wychodzimy.

Stajemy między „świetlicą” (Agnieszka obstawia, że ta miejscówka też należy do kościoła), a kościołem. Figura jest coraz bliżej i coraz więcej jest tu ludzi. Wychodzą z baru i z różnych uliczek. Ale nie wszyscy. Jak kto chce oraz lubi…
Kiedy Matka Boska znajduje się przed schodami kościoła, zespół podejmuje dwie takie pieśni (byłem przekonany, że jedna to hymn Malty, ale jednak nie), że ja mam ciary na całym ciele, a Agnieszka łzy w oczach (przypomnijmy – dwoje ateistów/agnostyków na święcie kościelnym).
Patrzę na ludzi – młoda, piękna dziewczyna wpatrzona z uśmiechem w figurę. I wiem, że ona WIE, że patrzy na swoją Matkę. Jest naprawdę niebywale i pięknie. Jestem na granicy nawrócenia, ale na szczęście na niebie wybuchają fajerwerki. Ale takie naprawdę z prawdziwego zdarzenia.
Jest około 23.
Wymiękam.

Podsumowując
Ja naprawdę wiem, że to być może jest fasada, że to blichtr, kult figur, a pod spodem… …no dobra, przemilczę. Tyle tylko, że daję słowo – chodziłbym do takiego kościoła. A już na pewno na festach by mnie widziano. Niekoniecznie się modlić i śpiewać pieśni. Przede wszystkim bowiem – spotkać się z ludźmi. Budować z nimi wspólnotę i ją odczuwać. Rozmawiać, coś razem zjeść i się napić. Być.

Kościół w Polsce tego nie robi i nie zrobi. U nas wyprasza się z budynku matkę z płaczącym dzieckiem. U nas karnie idzie się w szyku oraz szeregu. Klęka i wstaje na umówiony znak/sygnał, myśląc o tym, kiedy się skończy, bo dobrze by było zdążyć na „Familiadę” (leci to jeszcze?).

I może to tylko pozór, a ja jestem naiwnym optymistą, ale nie wydaje mi się, a przynajmniej chciałbym – żeby ci sami ludzie, z którymi uczestniczyliśmy w feście (choćby tylko na poziomie turystów, ale zawsze to coś), ci sami ludzie, którzy świętowali tam razem, następnego dnia myśleli tylko o tym, jakby sobie nawzajem zniszczyć i utrudnić życie. Bo przecież ich sympatii i otwartości doświadczyliśmy i wcześniej i później niemal na każdym kroku…

Jak ja bym chciał takiej wspólnoty na moim osiedlu/mieście/parafii/kraju, to sobie nie zdajecie sprawy…
I daję słowo – gdyby to było u nas, już przebierałbym nóżkami na wieczorną festę…

 Robert

(18) Złotouści

Zawsze wydawało mi się, że nie potrafię dobrze wyrazić tego, co myślę i czuję. Im więcej kłębiło się głowie, tym bardziej język stawał oporem, a nawet stawał dęba!  Raz nawet zdarzyło mi się pomylić podczas przedstawiania się… W Brighton fatum wróciło i uczepiło się mojego miesiąca urodzenia. Podczas gry językowej z Edem ‘so what’, trzy razy pomyliłam miesiąc swojego urodzenia. Monika tak na mnie patrzyła i patrzyła… …a ja sobie myślałam: „Kiedy ja się urodziłam? August to był? A może September? A może jednak coś innego?”. Nie potrafię tego wyjaśnić, to jakieś zjawisko nadprzyrodzone… …albo uwiąd starczy.

Toteż, kiedy w sobotę rano wyruszyłyśmy z Ewą do Londynu, musiałam, po prostu musiałam spotkać się z ludźmi, którzy pięknie i przejmująco wyrażają swoje myśli i uczucia. I przede wszystkim mają coś do powiedzenia.  Niestety nie było tam profesora Jerzego Bralczyka – może kiedyś zobaczę i usłyszę Go na żywo (oby, oby…), ale nawiązałyśmy kontakt pierwszego stopnia z innymi Złotoustymi. Tymi żyjącymi i tymi „świętej pamięci”. Takie cuda zdarzają się tylko u Madame Tussaud!

Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud w Londynie to magiczne miejsce. Wcześniej myślałam, że to oaza kiczu, pełna wielbicieli selfie ze znaną osobą, które można potem dumnie opublikować na Instagramie czy FB. Ale Ewa powiedziała, że poprzednim razem świetnie się tam bawiła, więc odżałowałam sporą sumę na bilet i pojechałyśmy. I to była dobra decyzja. Dzięki temu spotkałyśmy się z kilkoma Złotoustymi…

A oto sama Marie Tussaud w postaci własnoręcznie wykonanej figury woskowej.

 „To nie jest ko­niec, to na­wet nie jest początek końca, to do­piero ko­niec początku”, czyli Winston Churchill

Uwielbiany i znienawidzony, podziwiany i pogardzany. Sharp mind, sharp tongue. Bystry umysł i cięty język.  Dlaczego ten brytyjski polityk, dwukrotny premier, budził takie emocje?  Warto sobie o nim poczytać, zwłaszcza, jeśli żyjemy w przekonaniu, że wszystko jest czarno-białe, a ludzie jednowymiarowi.

Przez większość życia Churchill cierpiał na depresję, co nie przeszkodziło mu powiedzieć:

„Dla siebie samego jestem optymistą. Bycie kimkolwiek innym nie zdaje się być do czegokolwiek przydatne”.

O Polakach:

„Nigdy w dziejach wojen tak liczni nie zawdzięczali tak wiele tak nielicznym”. (ang. Never in the field of human conflict was so much owed by so many to so few). Słowa wypowiedziane po bitwie o Anglię.

„Niewiele jest cnót, których Polacy nie posiadają, ale niewiele też jest błędów, których potrafili uniknąć…”.

O polityce:

„Dob­ry po­lityk mu­si umieć prze­powie­dzieć, co będzie się działo jut­ro, za tydzień, czy za rok i mu­si umieć wytłumaczyć, dlacze­go nie zaszło to, co przepowiedział.” 

„Mając takich przyjaciół, nie potrzebujemy już wrogów”.

O edukacji:

„W życiu chodzi o to, aby uczyć się tak, by inni nie spostrzegli, że się człowiek uczy”.

„Zawsze jestem gotów się uczyć, chociaż nie zawsze lubię, gdy mnie uczą”.

I dowód na to, że nuda zabija…

„Już mnie to wszystko potwornie nudzi”.

Wkrótce potem zapadł na udar mózgu i po kilku dniach zmarł.

Na koniec, specjalna dedykacja dla Moniki ( i nie tylko…):

„Jedyną rzeczą, której uczy historia, jest to, że większości ludzi niczego nie uczy.”

„Historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar ją napisać.”

„I have a dream”, czyli Martin Luther King

Martin Luther King śnił o równości, braku segregacji rasowej, tolerancji i akceptacji. Wierzył, że świat można zmienić na lepsze bez użycia przemocy.
I chociaż w wieku 39 lat został zastrzelony na balkonie motelu w Memphis, do dzisiaj jest cytowany, a chyba każde dziecko w Ameryce zna kultowe zdanie „I have a dream”.

“I have a dream that one day this nation will rise up and live out the true meaning of its creed: We hold these truths to be self-evident; that all men are created equal.”

 („Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia swego kredo: uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”.)

 “Show must go on”, czyli Freddie Mercury

Odchodząc do wieczności śpiewał, że przedstawienie musi trwać. Miał odwagę żyć tak, jak chciał, bez względu na cenę. I potrafił to przejmująco wyrazić słowami i muzyką…

Show must go on.
Inside my heart is breaking.
My make-up may be flaking,
But my smile still stays on.

My soul is painted like the wings of butterflies.
Fairytales of yesterday will grow but never die.
I can fly, my friends.

Bywa jednak, że milczenie jest cenniejsze niż całe złoto tego świata …  

Asia