(17) Z dziennika podróży Marii Moryc

Oksford (Ewelina, Grażyna, Jacek, Marysia, Monika, Wioletta)

Kolejne dni w Oksfordzie nie należały ani do zwyczajnych, ani tym bardziej – monotonnych. W naszej  Lake School of English pisaliśmy koszmarnie długi  i bardzo trudny test kwalifikujący  do różnych poziomów. Dla mnie był on szczególnie trudny, bo angielskiego zaczęłam się uczyć dopiero w październiku 2018r. na szkolnych kursach. Postanowiłam jednak zmierzyć się z własnymi ograniczeniami  i wiekiem ,uczestnicząc w angielskiej wyprawie z niekłamanym entuzjazmem. Wylądowałam po teście  w pokoju fioletowym ( w Purple Room) wraz z koleżankami  ze szkoły , Włoszką, szwajcarską Arabką i młodym Belgiem. Zajęcia z Jane i Danielem zaczęły się delikatnie, aby po pierwszym dniu przyspieszać i przyspieszać. Ćwiczymy present simple, present continuous,past simple,Times and dates,clothes, flats and house, daily routine…comparatives, superlatives…etc.,etc. Codziennie od  ok.9 do 16 ( z przerwą na lunch) słuchamy, mówimy, bawimy się w obcym języku.  Nieraz odczuwałyśmy  fizyczne wręcz zmęczenie mózgu nadmiarem dźwięków, słów i ciągłej koncentracji, ale determinacja  utrzymywała się na  niezłym poziomie. Odrabiamy prace domowe, w piątki piszemy  testy, nawiązujemy znajomości w tym cudzoziemskim towarzystwie (najwięcej nawiązał ich chyba  Jacek, ale on po teście trafił do pokoju innego koloru).Szczególne więzi  sympatii połączyły mnie z ponad 60-letnią Nadią ze Szwajcarii, pielęgniarką. Ona , podobnie jak ja, zaczęła się uczyć angielskiego  dopiero na starość ( komunikowałam się z nią jako tako po francusku).

Oprócz nauki  spędzaliśmy czas na spotkaniach w różnych knajpkach przy piwie, fish and chips, zaśmiewaliśmy się do łez w  kuchni w wynajętym domu, gdzie planowaliśmy większe i mniejsze wycieczki. Taką ,,większą’’ wycieczką była całodzienna wyprawa do Londynu,  zorganizowana przez naszą szkołę językową . Zaczęliśmy od Trafalgar Square, dalej plac przed parlamentem, 10 Downing Street, James Park (wreszcie wiem, jak wygląda park , w którym przebywa Kordian w II akcie),wizyta przed Buckingham Palace (królowej nie było),,,Oko Londynu” gdzieś w chmurach razem z remontowanym Big Benem… Szliśmy, szliśmy i szliśmy wzdłuż Tamizy- w przelocie Tate Museum, Globe Theatre, szybkie scotch egg (jajko na twardo zawinięte w mielonym mięsie) i w sumie 30 tysięcy kroków samego tylko ,,dotknięcia” Londynu. Inną , z kategorii ,,większych” wycieczek ,była nasza peregrynacja do Blenheim, gdzie zwiedzaliśmy pałac i wspaniałe ogrody, należące do rodziny Churchillów. Spacerowaliśmy po rozległych łąkach z widokami jak z obrazów Constable’a, co  rusz wpadając na kaczki i owieczki. Odpoczywaliśmy pod drzewem z ,,Harrego Pottera” (,,potteryzmów” w Oksfordzie i okolicy co niemiara ) i  snuliśmy przypuszczenia na temat diuka Marlborough, jak się okazało dzięki Wikipedii-jednego z najwybitniejszych dowódców w historii świata. Przemierzyliśmy  ponad 20 tysięcy kroków.Aha-i słuchaliśmy , jedząc w plenerze, siwego Anglika recytującego teksty zainspirowane ,,Makbetem”.

,,Mniejsze” wycieczki  odbywaliśmy codziennie, krążąc po pięknym i roztaczającym naukową  atmosferę Oksfordzie, gdzie nowe i stare łączy się ze sobą w magiczny sposób, zupełnie jak w „Alicji z krainy czarów” czy w przygodach Harrego Pottera.

W pamięci pozostaną imponujące budynki college’ów, jedna z najstarszych bibliotek czyli Bodleian Library, Christ Church, niezliczone knajpki oraz piętrowy autobus numer 35, wiozący nas co wieczór do naszego mieszkania w Kennington.

Pobyt w Oksfordzie dostarczył mi moc wrażeń intelektualnych, emocjonalnych i poznawczych. Kontynuuję naukę angielskiego i marzę o tym, żeby tam powrócić,  może , tym razem … jesienią ?

Maria

(16) SEAGULLS OR MAN-EATERS?

Co to jest mewa? Dobre pytanie!

Jeśli wydawało nam się, że mewa to łagodne i przyjazne człowiekowi stworzenie, to żyliśmy w głębokiej niewiedzy. Może mewy w innych częściach świata są przyjazne i łagodne, ale mewy w Brighton są nawiedzone. Albo opętane, jak kto woli. Z pewnością wymagają egzorcysty. Jak bowiem można wytłumaczyć taki widok: środkiem jednej z głównych ulic w Brighton kroczy mewa i ciągnie wieprzową nóżkę? Skąd wieprzowa nóżka na środku jezdni, niemal pod oknami naszego mieszkania? Nie wiem. Może ta mewa wiedziała, ale nie powiedziała. Albo taki widok. Na chodniku śpi sobie bezdomny, a krwiożercza mewa wyszarpuje mu spod śpiwora resztki pożywienia?

Już w pierwszym dniu nasza nauczycielka Jade przestrzegła nas: Beware of seagulls! A nawet przytoczyła pouczająca historię o tym, jak mewa wylądowała na głowie pewnej turystki, która trzymała w dłoni frytki. Turystka w panice, z ptakiem na głowie, porzuciła pożywienie, a mewa przystąpiła do uczty. Tak do końca nie wiadomo, na co miała ochotę ta mewa, na frytki czy turystkę…

W gruncie rzeczy mewy są bardzo towarzyskie. Niestety mają również dobry wzrok. Takie połączenie bywa problematyczne. Kiedy siedząc na plaży wyciągaliśmy cokolwiek jadalnego, nagle, jak spod ziemi, wyrastała jakaś ptasia koleżanka. Podchodziła boczkiem, udając, że wcale nie jest nami zainteresowana. Bliżej i bliżej…. Przecież ona nic takiego nie robi i wcale niczego od nas nie chce…. Aż ciarki nas przechodziły, a słynny film słynnego Alfreda ożywał w umyśle!

W porze obiadu często chodziliśmy na skwerek naprzeciwko szkoły. To takie odmładzające, usiąść sobie na trawce i spożyć coś dobrego na świeżym powietrzu, wśród innej „młodzieży”. Niestety, upierzone demony zawsze nas wypatrzyły. I znowu zaczynały się podchody… A kiedy brzydko na nie spoglądaliśmy lub psykaliśmy ostrzegawczo, udawały, że patrzą w inną stronę. 

Asia

(15) Ciche miasto

Malta I (Ada, Agnieszka, Agnieszka, Ania, Beata, Bożena, Krystian, Monika, Robert)

Jedną z wycieczek zorganizowanych przez naszą szkołę na Malcie Executive Training Institute (ETI) był wyjazd do Mdiny i Rabatu.

Po zakończonych o 14.30 zajęciach zebraliśmy się przed budynkiem i przeszliśmy do czekających na nas w bocznej uliczce autokarów. Podzielono nas na dwie grupy, z których każda miała swojego przewodnika.

Pobyt w klimatyzowanym autokarze okazał się zbawienny. To chwilka na drzemkę i odpoczynek od nieziemskiego upału panującego o tej porze dnia i roku (chociaż w Polsce w tym okresie lato również dopisało z temperaturami powyżej 30°C, to jednak skwar maltański był po prostu momentami nie do wytrzymania, przynajmniej dla mnie). Podróż pozwoliła jednak na zregenerowanie sił i odzyskanie werwy do dalszego zwiedzania. Miejcie na względzie, że od 9 rano intensywnie się uczyliśmy.

Co mnie urzekło już na początku, zaraz po przekroczeniu bramy prowadzącej do Mdiny? Piękne płaskorzeźby z wizerunkiem Maryi na fasadach domów, znajdujące się obok wejścia lub nad drzwiami. Czyż i Wam nie wydają się być cudownymi?

Do miasta prowadził wąziutki chodnik mieszczący jedną osobę, a więc szliśmy gęsiego.

Znaleźliśmy się w małym parku, gdzie w cieniu drzew słuchaliśmy opowieści przewodnika. Był to też czas na szybki posiłek przed dalszą drogą.

Każdy z nas wykorzystywał każdą okazję, na zrobienie zdjęć (a malowniczych kadrów nie brakowało).

Niestety, tym razem zostawiłam aparat w naszym lokum i postawiłam na aparat w telefonie,  czego raczej żałuję, ale noszenie w tym upale laptopa i plecaka ze sprzętem było dla mnie zadaniem nie do wykonania. Wypacałam tyle samo wody, co przyjmowałam . 

Jak się dowiedzieliśmy, historia tego miejsca sięga epoki kamiennej, lecz to Fenicjanie dali podwaliny dzisiejszym miastom – Mdinie i Rabatowi. Lokalizacja na jednym z najwyższych punktów na wyspie i centralne położenie spowodowało, że miejsce to rozwijało się bardzo dynamicznie. Cała wyspa – co dostrzegalne jest niemal na każdym kroku – była kolejno pod władaniem m.in. Greków, Kartagińczyków i Rzymian oraz Arabów. Dzisiaj Mdina jest nazywana Cichym Miastem. Obowiązuje tu (niedotyczący jedynie mieszkańców) zakaz ruchu kołowego. I widać to. I słychać. I czuć.

Niestety – ilość turystów jest dość duża (tylko nasza wycieczka składała się z około 60 osób).

Wysokie budynki i wąskie uliczki powodują, że można się poczuć jak w labiryncie (nigdy nie wiadomo, czy nie zderzymy się z osobą wychodzącą z uliczki obok) i panuje tu cudowny chłód (oczywiście tylko, jeśli porównamy to z resztą okolicy).

Po wspólnym zwiedzaniu (jak na prawdziwą szkolną wycieczkę przystało) mieliśmy czas wolny, więc postanowiliśmy zwiedzić katakumby św. Pawła, miejsce pochówku pierwszych chrześcijan. Chyba największe wrażenie zrobiły na mnie otwory wycięte w ścianach, wyglądające jak półki wydrążone w ścianie, w których chowano dzieci.

Po zwiedzeniu katakumb nastąpił podział naszej pięcioosobowej grupki. Agnieszka Mika-Koszek i Ania wróciły z resztą wycieczki autokarem, a my, czyli Agnieszka Budny, Krystian i ja postanowiliśmy poszwendać się jeszcze po okolicy…

No i – wiadomo – któryś raz z kolei zasmakować miejscowej kuchni. 

Do naszej rezydencji późnym wieczorem wróciliśmy zmęczeni, ale we wspaniałych nastrojach. A na drugi dzień znowu trzeba było iść do szkoły…

Ada

(14) Chciałaby Dusza do raju

(Malta II – Małgorzata Dusza, Marta Wojciechowska)

Moja przygoda z Erasmusem zaczęła się bardzo typowo- usłyszałam o możliwości wzięcia udziału w projekcie w pracy i bez najmniejszych wątpliwości podjęłam decyzję o przystąpieniu do akcji. Po prawie rocznym kursie odbywającym się w szkole wreszcie nadszedł upragniony dzień wyjazdu na kurs językowy- destynacja: MALTA!

Mąż tak bardzo zazdrościł mi wyjazdu, że postanowił spakować siebie i dzieci i wsiadł ze mną na pokład samolotu dnia 29 lipca minionego roku.

W samolocie dopadł mnie jakiś irracjonalny lęk, że na pewno coś pomyliłam i jadę nie do tej miejscowości, w której powinnam się znaleźć, ale jak się później okazało bezmyślność owa miała jedną, dość poważną, przyczynę- otóż w owym czasie dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Stan ten na pewno w podróży specjalnie mi nie pomagał, ale kto jak nie ja? Podróż okazała się FAJOWA i razem ze swoją towarzyszką z „drugiego turnusu”- Martą dałyśmy radę! (Marta leciała na miejsce kilka dni wcześniej).

Bogatsze o doświadczenia naszych maltańskich poprzedników zadomowiłyśmy się w St. Julienne i dobrze się miałyśmy.

Już po wylądowaniu czekała mnie nie lada niespodzianka. Otóż okazało się, że tym samym samolotem, co ja i moja rodzina podróżowała również (była już) Minister Edukacji Narodowej, o której w naszym Plastyku dość sporo w ostatnim czasie się mówiło. Czy po wygranych wyborach do Parlamentu Europejskiego też przyjechała tutaj szlifować angielski?

Później było już tylko lepiej – okazało się, że dojechałam w słuszne miejsce i zameldowałam się w dobrej szkole językowej.

Najpierw spotkałam jej oznakowanie,

później odnalazłam się na liście kursantów, a kiedy do środka weszła Marta, która dziś wspomina to tak –

udział w projekcie Erasmus plus mobilność kadry oraz wyjazd na Maltę i nauka języka angielskiego w Alpha School of English przyczyniła się do większej otwartości na świat, pomogła mi poszerzyć umiejętności językowe, komunikacyjne, społeczne i zawodowe. Będąc na kursie językowym na Malcie poznałam mnóstwo niesamowitych osób, aktywnych, ciekawych świata, otwartych na nowe doświadczenia. Poznałam osoby z różnych krajów świata, nawiązałam z nimi kontakty, poznałam kulturę i zwyczaje ich krajów, wymieniłam doświadczenia. Dzięki mobilności poszerzyłam swoją wiedzę z języka angielskiego (słownictwo, gramatyka) oraz mogłam zdobyte umiejętności od razu praktykować podczas konwersacji. Mam zamiar wykorzystywać zdobytą wiedzę i doświadczenia w mojej pracy. Z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim udział w mobilności, jest to fantastyczne i inspirujące doświadczenie –

wiedziałam już, że od teraz będzie już tylko lepiej

Ahoj przygodo!

Małgosia

(13) Jak spotkałam Lady Di

Pierwszy dzień szkoły. Idziemy z duszą (nie Gosią, niestety) na ramieniu. Każdy z nas czegoś się boi. Spotkania z obcymi, w dodatku mówiącymi w dziwnym języku, z nauczycielami, którzy posadzą nas w ławki i będą oceniać. Jak to oceniać?! Przecież to my jesteśmy od oceniania innych… Idziemy i się boimy.. Ja najbardziej obawiam się reakcji na moje czerwone, spalone na plaży oblicze. A nuż ktoś sobie coś pomyśli… Na szczęście Monika, jak zawsze, pospieszyła z pomocą i użyczyła ekskluzywnego kosmetyku maskującego – mój pałający żywą czerwienią nos nieco przestał pałać. Ale i tak się boję…

Dotarliśmy! Teraz musimy się rozdzielić: general English osobno, kurs metodyczny do świetlicy. Powitania, uprzejmości, uśmiechy… Każdy próbuje wyglądać na wyluzowanego, być cool oraz easy-going, a w dodatku wypowiadać się profesjonalnie. W końcu kurs metodyczny zobowiązuje.  Po zajęciach wprowadzających z Edem „so what?”, idziemy do swoich sal. Idziemy to mało powiedziane, wspinamy się w nieskończoność po krętych schodach budynku, dysząc i sapiąc, w końcu osiągając punkt docelowy – salkę, która stanie się naszym „domem” na najbliższe dwa tygodnie.  W salce czeka uśmiechnięta Jade – nasza nauczycielka i mentorka oraz trzy inne uczestniczki. Patrzę i oczom nie wierzę!

Oto dowód na reinkarnację – widzę przed sobą lady Dianę. I to w latach swojej świetności.  Lady Di uśmiecha się do mnie bardzo sympatycznie, mówi, że ma na imię Olga i pochodzi z Czech! Sympatia rodzi się od pierwszego spojrzenia. 

Co ciekawe, Ewa również miał przyjemność spotkania z księżną Walii, w nieco innych okolicznościach, ale wrażenia były niezapomniane…[zdj.10] Kontakt z rodziną królewską uszlachetnia, więc tak uszlachetnione przystąpiłyśmy do nauki.

Asia

(12) Seven Sisters

Podobno każdemu, kto zobaczy te klify, oko zbieleje z wrażenia… Minie nie zbielało tylko dlatego, że ich nie widziałam. Kiedy reszta ekipy przemierzała pełne owiec i kicających bunnies bezkresne połacie angielskiej wsi w kierunku imponujących klifów, ja sobie leżałam i cichutko pojękiwałam po spożyciu niezwykle odżywczego dania pudełkowego z Sainsbury’s (gotowe dania z angielskich marketów są tylko dla śmiałków, a mnie się wydawało, że do nich należę).

Klify znam więc tylko ze zdjęć. Kiedy jednak zobaczyłam zdjęcia zrobione przez Ewę i Grzegorza, moje oko w końcu zbielało.

Okazało się, że klify są zaczarowane. Podobno zachodzą tam dziwne zjawiska optyczne i genetyczne – budki telefoniczne wyrastają w szczerym polu

ludzie się zmniejszają

a nawet wyrastają im wąsy, a raczej wąsiska…

Asia

(11) Feel free

Brighton to niezwykłe miasto – białe, białawe, pastelowe, przestronne, oddychające bryzą, z cudownymi uliczkami schodzącymi w kierunku morza i kolorowymi budkami kąpielowymi na plaży.

Miasto z jednej strony trochę brudnawe, zwłaszcza po weekendzie, z drugiej – zachwycające puszystymi dywanami trawników, na których się siedzi, leży, toczy życie towarzyskie… W centrum tego rozświetlonego bielą i błękitem miasta wyrasta coś przedziwnego – Royal Pavilion (lub Brighton Pavilion). Indie w południowej Anglii???

Pałac w stylu indosaraceńskim, zbudowany przez króla Jerzego IV, który cierpiał na dnę moczanową, a mikroklimat Brighton miał poprawić mu zdrowie. Złośliwi plotkarze mówią, że powodem była chęć dyskretnego spotykania się z ukochaną, Marią Anne Fitzherbert.

Brighton to miasto, gdzie każdy czuje się akceptowany. Nie tolerowany, ale akceptowany – wygląd, zachowanie, niedostatki lingwistyczne – nie mają jakiegokolwiek znaczenia. Jesteś Gościem tego miasta i możesz robić to, czego pragniesz, o ile nie krzywdzisz innych. Moja nauczycielka Jade mawiała: „w Brighton nie tolerujemy tylko jednego – braku tolerancji”. Chcesz spać na chodniku, nikt Ci nie zabroni. Chcesz paradować po ulicach w stroju kucyka pony – zrób to. Nikt nie zwróci uwagi. Któregoś dnia idąc do szkoły (ok. 8.30 rano) zobaczyliśmy przed sobą pędzącą energicznie wysoką, szczupłą kobietę w czerwonej wieczorowej, chyba atłasowej sukni z koronką na plecach. Nagle kobieta odwróciła się i oczom naszym ukazała się twarz mężczyzny w dość zaawansowanym wieku. Niezbyt urodziwego i bez makijażu.  I nikt się za nim nie obejrzał. Tylko my…

Promenada i molo dostarczają niepowtarzalnych wrażeń, nie tylko wzrokowych.

Wciągając głębiej powietrze poczujesz specyficzny zapach. I nie jest to bynajmniej zapach morza i wodorostów (o inne weed tutaj chodzi).

Idąc promenadą można napotkać turystę, który z braku lepszego miejsca rozłożył namiot na chodniku i wystawiając z niego bose stopy wykonuje wieczorny pediucre…

Brighton to również brytyjska stolica LGBT. Miasto posiada nawet muzeum poświęcone zmianie płci, z autentycznymi eksponatami ofiarowanymi przez osoby po operacji. Można tam zobaczyć ubrania noszone przed zmianą płci, zdjęcia pokazujące cały proces przemiany, a nawet fragment usuniętej piersi w postaci preparatu.

Coroczna parada równości (Brighton and Hove Pride) ma miejsce w środku wakacji.

Nie zobaczyliśmy, ale widzieliśmy paradę w Londynie. Anioły stąpały po londyńskim bruku…

Asia

(10) LUDZIE BEZDOMNI

Brighton (Asia, Ewa, Grzegorz, Łukasz, Magda, Monika)

Tak właśnie czuliśmy się czekając na plaży w Brighton na ten cudowny moment, kiedy zostaniemy wpuszczeni do wynajętego mieszkania przy West Rd. Obozowisko na plaży założyliśmy po godzinie 9 rano, a zwinęliśmy o godz. 16. W tym czasie słońce opiekło nasze skalpy, energia gdzieś uleciała, część z nas zjadła ciężkostrawną i kosmicznie drogą rybę z frytkami, a Magda porządnie się wyspała (mama trójki małych dzieci wyśpi się nawet na stosie kamieni).

Autorka niniejszego tekstu nie posłuchała rady mądrzejszego kolegi i nie poszła posiedzieć pod daszek. I w rezultacie nabawiła się wyglądu Apacza po spożyciu wody ognistej – czerwienią nosa mogła konkurować tylko z reniferem Rudolfem. Szkoda, że to nie była Gwiazdka.

Kiedy udało nam się zakwaterować (cały złożony proces uzyskania klucza z ukrytej skrytki opisała już wcześniej Monika), zmyć z siebie to, co na nas wyrosło w czasie podróży, wyruszyliśmy na rekonesans.

Punkt docelowy-szkoła. Żeby jutro nie błądzić jak błędne owce. Szkoła widziana z zewnątrz zrobiła pozytywne wrażenie. Jednak niepokój dotyczący tego, co nas wkrótce czeka, tlił się gdzieś pod skórą…

Asia

(09) Jak zostałem „banana-menem”

Brighton

Superbohater nie ma lekko, od świtu jogging, poranne mycie zębów, szybki breakfast, buciki na umięśnione pięty, krótkie „goodbye” i pełnymi nadmorskiej bryzy ulicami Brighton na 9.15 do elitarnej szkoły językowej. Czas biegnie nieubłaganie dla zwykłego Kowalskiego, a co dopiero dla superbohatera. W obcej strefie językowej szare komórki wibrują, tętno – niczym Etna w 1666 – rozgrzewa znieczulone skronie, a potoki angielskich słów wypierają te polskie tracące w każdej sekundzie swoją moc i znaczenie.

Tak w skrócie wygląda dzień nauki w angielskiej szkole językowej. Dwa tygodnie na obcej ziemi, w obcym mieście, obcym domu, obcym łóżku, z obcym menu z wszechobecnym cheddarem może zmienić człowieka. Nawet namalowanie kilku obrazów nie jest antidotum na taką przemianę.

Czy można poczuć się superbohatetem, lecąc z prędkością 1000 km na godzinę na wysokości 2000 metrów, zatrzymując przypływ na malowniczych klifach Siedmiu Sióstr, patrząc na megalityczne Stonehenge, wymieniając nieważne 10 funtów w angielskim banku, podając dłoń znajomemu Bangsy’ego, pijąc drinka z szejkiem z Arabii Saudyjskiej, czy ogarniając przepisy ruchu drogowego na wyspach? Jestem przekonany, że tak. Każdy lub prawie każdy z uczestników programu Erasmus doskonale o tym wie.

Lubię, jak wszystko staje na głowie, schematy, zasady i prawdy objawione tracą kilogramy, a człowiek odkrywa, że oczywistość dla niego tak fundamentalna i prosta jak kilogram ziemniaków, dla kogoś po drugiej stronie to opowieść z mchu i paproci.

Dokładnie tak było przy omawianiu jednego ze zwrotów językowych przez sympatyczną i wymagającą lektorkę podczas kolejnych z naszych popołudniowych zajęć. „Kind of…” …to ten zwrot. To była dla mnie nowość, więc gdy go zrozumiałem, poczułem się, jakbym Pana Boga za nogi złapał. Pani poprosiła o przytoczenie praktycznych zastosowań powyższego i wszyscy wzięli się ochoczo do pracy. Kind of fruits, kind of people, kinds of cars, kind of books, kind of… …setki praktycznych, oczywistych, usankcjonowanych, zaprzysiężonych odmian kind of…

I po tych wszystkich „kindofach” przyszła kolej na mnie, a ponieważ lubię gotować, piec i smażyć – w skrócie jestem supermenem w mojej domowej polskiej kuchni i rzetelnie podchodzę do tematu wypaliłem – „kind of bananas”. Tutaj postawię kilka kropek…….. i znaków zapytania?????? i może jeszcze emotkę –

😨

Pani kompletnie nie zrozumiała, o co mi chodzi. Dodała, że banan jest tylko jeden i mój tok myślenia jest nie do przyjęcia, kompletna klapa, niewypał.

W tamtym dniu po raz pierwszy w życiu przekonałem się o głębokich podziałach kulturowych, emocjonalnych, geopolitycznych i kulinarnych między naszymi narodami. Zrozumiałem, dlaczego Churchil podpisał porozumiemie w Jałcie, czemu Juliusz Cezar nie podbił Brytanii, dlaczego oni mają Królową, a my prezesa i jaki jest rzeczywisty powód ich wyjścia z Unii. Wszystko dla mnie stało się jasne – „kind of bananas” to dla Anglików fikcja. Próbowałem tłumaczyć, że jadłem, widziałem, znam literaturę, ale niestety na tym poziomie mojej znajomości języka, było to daremne. Pani z uśmiechem: ironicznym, pełnym niedowierzania, niezrozumienia i politowania nie dała wiary moim słowom i obracając wszystko w żart powiedziała: „you are bananaman”

Świat zawirował. O zgrozo, spojrzenia kursantów z całego globu zwróciły się w moją stronę i dla tych wszystkich spojrzeń w jednej chwili stałem się grupowym banana-menem. Następnego dnia już nikt nie łamał sobie języka próbując wymówić „Gźegoś Śkśipek”, a ponieważ superbohaterowie mają mega poczucie humoru i wrodzony dystans do samych siebie z godnością przyjąłem nadane mi imię, nie korzystając z możliwości twardgo brexitu.

Grzegorz

P.s. Miło wspominam chwile spędzone w Brighton. To miejsce szczególne: pełne kontrastów, ciekawych ludzi, magicznych miejsc i tolerancji. Zawsze będę miał głęboko w pamięci białe klify, kamienne megalityczne kręgi i otoczone zielenią średniowieczne zamki. Nie zapomnę angielskich słówek, egzotycznych znajomości i wspólnych chwil spędzonych z Moniką, Joasią, Ewą, Magdą i Łukaszem.

W nawiasie pragnę dodać, że pracuję teraz nad naukową opowieścią o kind of bananas, w której zawarte będą dowody na istnienie niezliczonej ilości odmian tego gatunku. Skończone dzieło prześlę „pro publico bono” do Brytyjskiego Instytutu Przyrodniczego.

(08) Pierwszy dzień w szkole

Brighton ( Ewa, Grzegorz, Asia, Łukasz, Magda, Monika )

Okej, zwiedziliśmy najbliższą okolice, już wiemy, gdzie kto mieszka i – co dosyć istotne – gdzie jest szkoła.

Wieczorem zatem wybraliśmy się na zwiedzanie innej części miasta i nabrzeża. Życie – szczególnie  w weekend  – wieczorami kwitnie. Bar za barem, knajpy, knajpki i knajpeczki… Różne rodzaje, w różnych miejscach. W starych domach, piwnicach, nawet w dawnych kościołach. Przy plaży knajpy z karaoke i hektolitrami lejącego się piwa. Wszyscy szczęśliwi i zadowoleni.

Tak wolno jak zaczynaliśmy nasz spacer, tak szybko wracaliśmy, bowiem angielska pogoda dała o sobie znać. Jednym słowem i po polsku mówiąc – łeb chciało urwać.

Pobudka, poniedziałek i do szkoły. 

Pierwsza ważna decyzja: nasza czwórka mieszka najdalej, do szkoły mamy pół godziny drałowania na piechotę, więc……będziemy drałować. Pod górę, ekologicznie, dietetycznie i prozdrowotnie. Będzie super…

Zadyszka opuściła nas może w piątym dniu, kiedy to droga przestała już być tak upierdliwą i można było nawet skupić się na oglądaniu witryn sklepów, zgrabnie mijając pozostałości wieczornych imprez, leżące na chodnikach. Fury śmieci dnia poprzedniego zgromadzone przy śmietnikach przestały robić na nas wrażenie może trzeciego dnia. Jednak do widoku śpiących na ulicy w pościelach i śpiworach  młodych i starszych ludzi, jakoś nie udało nam się przyzwyczaić. 

W samej  szkole pierwszego dnia był delikatnie mówiąc młyn. Nauczyciele, uczestniczący w kursach metodycznych zostali oddzieleni od reszty  i umieszczeni w całkiem przyjemnej sali. Było to miejsce, w którym studenci spędzają zwykle przerwy. Czas oczekiwania na to co dalej, poświęciliśmy na wzajemne poznawanie siebie. Pierwsza myśl: jest trochę ludzi z Polski i Czech, więc damy radę!

Organizacyjnie kręcił tym mister Ed, Edward RUSSEL. Człowiek  niezwykle pozytywny i notorycznie uśmiechnięty. Do dziś nie mogę się pozbyć skojarzenia jego twarzy  misiem Fazim (Fozzie) z Muppet Show.

A ta codzienna kwestia – „Yeah… So wat?????” (a nam już brakowało pomysłów co odpowiadać) bawi mnie do dziś. 

Na pierwszych zajęciach zorientowałam się, że w grupie mamy dwie Czeszki, z którymi łatwiej będzie dogadać się po polsko-czesku niż po angielsku. Austriaczkę, która mówi po angielsku z tak niemiłosiernie twardym akcentem, że Schwarzeneger staje przed oczami. Jej „Wi ar” lub „wat?” przypominają mi herr Flicka z brytyjskiego serialu „Alo Alo, który niemiecką angielszczyzną zadawał pytanie” wat ist dis”? 

W grupie mieliśmy też dwójkę  Hiszpanów – Teresę i Franka. Przesympatyczni ludzie, uśmiechnięci południowcy. Frank zmiękczał każde słowo, jakby mówił w swoim ojczystym języku, a Teresy – ze względu na akcent i zabójcze tempo mówienia – nie mogłam zrozumieć nigdy, co jest o tyle smutne, że – sądząc po długości wypowiedzi – niewątpliwie musiała mieć  dużo do powiedzenia,

Kolejne osoby to Carroll z Wenezueli, która przyjechała do Brighton pół roku wcześniej na kurs językowy. Nauczyła się języka na tyle, żeby później  spokojnie uczestniczyć w kursie metodycznym. Polacy – Ida i Marcin. Marcin zaimponował mi tym, że choć jego angielski był na poziomie „kali zabić słonia”, walczył na   wszystkich zajęciach do końca. Męczył się, ale wytrwał.

Reasumując grupa świetna, prowadzący zakręcony, zajęcia ciekawe, owocne i niezapomniane.

Wniosek: w Polsce  tak obawiamy się błędów, że cokolwiek robimy, musi być idealni, a to nie sprzyja uczeniu się. Dotyczy to również posługiwania się językiem obcym.  Tu (w Anglii) naszym  celem było dogadanie się i przekazanie własnych myśli. Udawało nam się to całkiem dobrze i bez stresu, że ktoś nas oceni czy skrytykuje. W POLSCE DALEKO NAM MENTALNIE do  TAKIEGO podejścia.

Całe życie jesteśmy oceniani i w efekcie sami oceniamy. Motywujące to, powiedzmy sobie szczerze, nie jest. 

Monika